Świętokrzyskie jakie cudne.....takie małe, niepozorne, ale za to jedne z najstarszych :) Odwiedzane przez nas często czy to pieszo, czy rowerem. Ostatnia wizyta rowerowa kazała nam na nowo docenić to niby małe pagórki. Bo i takie niepozorne w kość potrafią dać.
Pieszo to już zdobyte mnóstwo razy w każdej porze roku, tak więc podnosimy poprzeczkę i wyruszamy na podbój Gór Świętokrzyskich naszymi maszynami :)
Andrzejek jako przewodnik, godny polecenia wyznacza trasę. Sobota, zapowiadana piękna pogoda, zbiórka godzina 6:30, JEDZIEMY!!!!!
Ruszamy ze Skarżyska w stronę wsi Święta Katarzyna, gdzie rozpoczyna się szlak prowadzący na Łysicę :) Trasa do Św. Kaśki znana nam więc idzie lekko, miło i przyjemnie.
Przed 9:00 rano meldujemy się na szlaku :) Wszyscy zgodnie obiecujemy pracownicy Parku Świętokrzyskiego, że nigdy, przenigdy jechać po szlaku nie będziemy, a mało tego na Łysice też się fizycznie nie da :) Kupujemy bilety i ruszamy czerwonym szlakiem pieszo :)
Po przekroczeniu bramy wejściowej po chwilce docieramy do źródełka Św. Franciszka, z którego woda podobno ma właściwości lecznicze. Tego na 100 % nie wiemy ale jest całkiem dobra i idealna do uzupełnienia bidonów :)
Humory dopisują ruszamy na podbój Łysicy (612 m n.p.m.) najwyższego szczytu naszych Gór Świętokrzyskich, a zarazem jednego ze szczytów Korony Gór Polskich. Podejście nie jest długie, wejście bez roweru zajmuje około godzinki, ale z rowerem to już nie jest tak prosto, łatwo i przyjemnie. Szlak jest kamienisty, nie da się rowerem jechać, a przecież i obietnicę złożyliśmy :) Więc targamy nasze maszyny na plecach, przeklinając w duchu pomysł, żeby wybrać się tu rowerami :) Krok po kroczku, pot się leje, a mówią, że niby takie małe, niepozorne i tu właśnie zaczynamy je doceniać :)
Mija godzinka i powoli zaczynamy się zbliżać do szczytu Łysicy. Kiedy stajemy pod krzyżem pierwszy raz wypowiadam słowa "ale MY mamy piękne życie.." :) Chwilka odpoczynku, klika fotek, szybkie drugie śniadanko. Zgodnie stwierdzamy, że nie było tak źle, a gorzej może dopiero być bo robi cie coraz to cieplej, wręcz skwar. Atakują nas latające insekty różnego rodzaju, nie ma się co zastanawiać trzeba się zbierać i lecieć dalej.
Ruszamy dalej w kierunku Kapliczki Św. Mikołaja, która znajduje się w odległości ok. 3 km od szczytu. Oczywiście łamiemy naszą obietnicę i gdzie się da zjeżdżamy, ale że kamieni kupa na szlaku to jechanie przeplatamy marszem z rowerem u boku. Wyjeżdżamy z lasu w Kakoninie, niewielki kawałek drogi pokonujemy asfaltem i dalej szlak prowadzi lasem, aż do Huty Szklanej, gdzie rozpoczynamy podjazd na Łysą Górę. Nogi powoli błagają o odpoczynek. Zdobywamy Łysą Górę czyli wszystkim znany Św. Krzyż, kto nie widział powinien koniecznie wejść na platformę widokowa i zobaczyć świętokrzyskie gołoborza. Bilet kupiony wcześniej przy wejściu na Łysicę liczy się też tutaj, więc nie ma konieczności wydawania kasy :) Tu postanawiamy odpocząć chwilkę i nie dopuszczając do powstania zakwasów otwieramy po małym piwku :)
Odpoczynek, odpoczynkiem, ale teraz trzeba jeszcze wrócić do domu. Skwar się z nieba leje, to nam na bank nie ułatwi sprawy. Zbieramy cztery literki i powoli kierujemy się w dół do Nowej Słupi. Jechać specjalnie się nie da, więc trzeba iść i uważać, żeby rower Cie nie wyprzedził :) Pół godziny i docieramy do figury pielgrzyma Emeryka. Według legend i opowiadań ludowych pielgrzym ze względu na swoją pychę
został zamieniony w kamień i co rok o ziarenko piasku posuwa się w
stronę klasztoru. Legenda głosi, że gdy pielgrzym dotrze do bram
klasztoru nastąpi koniec świata.
Teraz tylko dojechać do Bodzentyna, pokonać słynną górę Barbarę i będziemy prawie w domu. Ale to jeszcze mimo wszystko kawał drogi. Asfalt nagrzany niemiłosiernie, powoli czujemy się zmęczeni ale jedziemy. Po około 40 minutach docieramy do Bodzentyna. Chwilka odpoczynku, łyk wody i lecimy. Z tyłu głowy cały czas świeci się lampka - Góra Barbara przed nami. A lekka nie jest do podjechania, zwłaszcza po tylu km i targaniu rowerów na Łysice. O rany już jest przed nami......ale będziemy twardzi, zrzut przerzutki na najmniejszy bieg i powoli, mozolnie jedziemy. Jeszcze kilka metrów i będziemy. Jeeeeeeesttttt!!!! Teraz to już z górki, pół godzinki i będziemy w domu. I tak się staje. Po takiej wycieczce należy nam się chwilka odpoczynku i zloty trunek u Cioteczki Aneczki. Ale MY mamy piękne życie!!!!
Wycieczka zaliczona do super udanych, przyjechaliśmy zmęczeni, a przecież te Nasze górki takie małe, niepozorne. Polecam każdemu pospacerować, pojeździć po Górach Świętokrzyskich. Link do naszej trasy można znaleźć na moim profilu na traseo. Nasza trasa Góry Świętokrzyskie
I jak tu nie powiedzieć "Ale MY mamy piękne życie....."




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz