wtorek, 27 października 2015

Burzowe tatrzańskie wspomnienia...

Lipcowy piękny poranek meldujemy się na Siwe Polanie, wypożyczamy rowery w stanie wskazującym na ostre pedałowanie i lecimy Doliną Chochołowską. Jest pięknie!!! Po niedługim czasie jesteśmy w ostatnim punkcie oddawania rowerów. Dalej idziemy pieszo i niebawem meldujemy się w Schronisku na Polanie Chochołowskiej. Jemy śniadanko, wciągamy górskie powietrze i się cudnie relaksujemy. W tym momencie jeszcze nie wiemy, że ten dzień, będziemy wspominać pewno do końca życia.
Idziemy dalej, kierunek Wołowiec przez fajnego, miłego i wszystkim znanego Grzesia oraz Rakoń. Upał daje nam się we znaki, po nocce w samochodzie idzie się średnio lekko :) Ale myśl, że znów jesteśmy w górach niesie nas powoli dalej.








Po około godzinie jesteśmy w odwiedzinach u "Grzegorza" :), a że Grześ gościnny jest to chwilkę odpoczywamy :) Kilka fotek i dalej na Rakoń.



Pogoda zaczyna się zmieniać, duchota robi się niemiłosierna. Nic dobrego to nie wróży, ale może nie będzie tak źle. Tak sobie właśnie myślimy :) Idziemy!!! Droga na Rakoń jest fajna, nie męcząca i całkiem miło się idzie. Po kolejnej godzinie docieramy na kolejny nasz szczyt - Rakoń, już idziemy w chmurach i widoczność jest coraz gorsza. Ale jeszcze nie grzmi!! :) Nie zabawiamy tam zbyt długo, bo jednak miło by było zdążyć przed burzą :) Focimy minutkę i spadamy na ostatni nasz cel - Wołowiec!!!!!!

Lecimy!!! Z tyłu głowy pojawia się myśl - ciekawe czy uda nam się zejść do schroniska przed burzą??!! Nadzieja jest :) Droga na Wołowiec jest już bardziej męcząca, zwłaszcza w ostatnim podejściu, ale co już tak blisko to trzeba się wdrapać. Jesteśmy 5 minut przed szczytem!! Nagle....Hmmmm...Słyszeliście to??!!! No nie ma wątpliwości, to pierwsze pomruki burzy. No to przyspieszenie!! Szybko wdrapujemy się na szczyt, ekspresowe foty i zmykamy w dół, jak nas ma już złapać, to chociaż nie na grani!!!



Szybko, a nawet trzeba powiedzieć wręcz ekspresowo schodzimy. Ale niestety!!! Najpierw zaczyna kropić, a za chwile jak nie pizgnie, jak nie lunie....masakra to mało powiedziane, a my nawet nie widzimy kosodrzewiny :( Tempo schodzenia jest bardzo szybkie, ale to nic zanim dochodzimy do linii lasu jesteśmy cali przemoczeni, kurtki przeciwdeszczowe nie dają rady. Szlakiem płynie potok prawie do kolan. Ale najgorsze jest to, że burza rozpętała się na dobre i wali tak, że aż bębenki pękają w uszach!!! Jedyna nasza myśl dojść jak najszybciej do schroniska. Idziemy, momentami nawet biegniemy, grzmoty, pioruny nie odpuszczają. Nikt się nie przyznaje, ale jak to się mówi jesteśmy posr....W głowie pełno myśli, a setna zdrowaśka nie pomaga. Jest nam już wszystko jedno, jesteśmy przemoczeni do suchej nitki, w butach bagno, woda wylewa się górą!!! Po dwóch godzinach masakry dochodzimy do Polany Chochołowskiej!!! Jesteśmy uratowani, najgorsze jest to, że ta pierońska burza kończy się przy schronie!! A nie mogła poczekać, aż tu dojdziemy :) Przebieramy się, na szczęście ciuchy w plecaku suche, pokrowiec dał radę :) Zasiadamy w schronisku i pssssyyyttt- tak należy nam się piwko!!!! A przy piwku rozplątują się w końcu języki :) Okazuje się, że wszyscy mieliśmy czarne myśli, za tyle zdrowasiek, co każdy z nas odmówił powinniśmy iść do nieba :) Rodzina i kuzyni uratowani :) Przygoda na całe życie, takiej burzy nigdy nie przeżyliśmy, no cóż zawsze musi być ten pierwszy raz. Życzę sobie tylko, żeby już więcej nas taka w górach nie spotkała :) Ale nie, nie ma co, przez tą przygodę na pewno nikt z nas nie porzuci gór :) Góry to nasza pasja, miłość i taki tam przypadek nie może tego zmienić :) Wysuszeni postanawiamy ruszyć na Siwą Polanę. Żegnamy schronisko i idziemy, wypożyczamy "sprzęciory" i po krótkim czasie jesteśmy na parkingu. Tu mogłam w spokoju powiedzieć Ale My mamy piękne życie :) Teraz pozostało już tylko suszyć buciory i ciuchy, co w namiocie nie było łatwe :) Góry.....i jak ich tu nie kochać, w końcu mają w sobie to coś, są jakby bliżej nieba :)

1 komentarz:

  1. Witam, miło się czyta, wracają wspomnienia super...miałem więcej szczęścia z pogodą, byłem tu tydzień wcześniej.
    Świetna relacja
    pozdrawiam ...Roman

    OdpowiedzUsuń