środa, 25 listopada 2015

Główny Szlak Beskidzki część III - Od Ochotnicy do Rytra

Trzeci etap Głównego Szlaku Beskidzkiego odbyliśmy nie tak dawno bo zaledwie kilka miesięcy temu. Wspomnienia są jeszcze całkiem świeże :) Tym razem utrudniliśmy sobie wyprawę i do Ochotnicy musieliśmy dostać się na własną rękę, nikt nie chciał być tak miły i nas odstawić na miejsce :) A tak naprawdę nie było sensu kogokolwiek fatygować. Tak więc ustaliliśmy termin na przedłożony weekend Bożego Ciała, spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na nocny PKS relacji Ciechanów-Zakopane . 
Przezorni jesteśmy, więc bilety zakupiliśmy wcześniej i to było bardzo dobre posunięcie. W innym razie już na początku wyprawy byłby falstart. Kto nie miał miejscówki został na przystanku. Autobus jak autobus, żadnej rewelacji, ale najważniejsze jest dla nas dojechać do Nowego Targu, skąd dostaniemy się do Ochotnicy bez problemu - tak myśleliśmy. Problem pojawił się już po opuszczeniu PKS-u. Święto, górale wiadomo bardzo pobożny naród, wiec nie pracują, a tym samym busy nie kursują. Po debacie i przemyśleniach negocjujemy z taksówkarzem cenę podwózki do Ochotnicy Górnej. Cena stanęła chyba na 90 zł- nie mało, ale jakoś dostać się było trzeba :). Wygodnie niemalże jak w limuzynie dojeżdżamy pod sam szlak :) Ładnie dziękujemy, zabieramy swoje graty, szybka przebieranka i ruszamy w stronę Lubania. Jak zawsze pierwszy dzień zapowiada się mało przyjemnie. W PKS spać się nie dało, więc jesteśmy lekko zmęczeni. Ruszamy!!! Andrzejos na tej wyprawie jest jedynym facetem, nie wiadomo czy powinno mu się zazdrościć czy współczuć :) Szczerze mówiąc nie słyszałam żeby narzekał :) Droga na Lubań początkowo wiedzie dość łagodnie, najgorsze jest w sumie ostatnie podejście pod sam szczyt.Wspinamy się stromym zboczem, uważając na kamienie, korzenie i inne gadżety jak to na szlaku. Zmęczenie daje się we znaki, w końcu jesteśmy stajemy na szczycie Lubania. Lubań to góra ukochana przez Jana Pawła II. Na szczycie stoi krzyż upamiętniający jego wycieczki w te rejony. 




Lubań zaliczony!!! Becia nienawidzi go z całego serca :) Odpoczynek i zaczynamy kolejny etap wędrówki - schodzimy do ukochanego przez nas Krościenka, gdzie będziemy mieć pierwszy nocleg u Pani Janinki. Panią Janinkę poznałyśmy z dziewczynami przez przypadek w maju podczas babskiego wyjazdu w Pieniny. Zamówiliśmy u niej pokoje na chybił trafił. Był to strzał w dyszkę :) Pokoje bardzo przyjemne. Ale najważniejsza jest osoba właścicielki - Pani Janiny. Przemiła kobieta, bardzo pomocna, po prostu do rany przyłóż :) W maju dostałyśmy po ciężkiej wędrówce przepyszną szarlotkę, więc teraz idąc zmęczeni, powiem brzydki wypluci marzyliśmy o czymś słodkim :) Ale to za chwilkę. Tak więc ruszamy w stronę Krościenka. Droga niby nie jest ciężka, ale chyba nasze zmęczenie daje się we znaki tak bardzo, że ledwo przebieramy nogami. Chwila odpoczynku przerodziła się w chwilową drzemkę na szlaku :) Nabraliśmy troszkę sił. Droga dłużyła nam się niemiłosiernie. Kiedy zobaczyliśmy w oddali Krościenko, to aż poczuliśmy ulgę :) No to mówimy sobie tak...
W Krościenku trzeba kupić sobie jakieś piwko na wieczorny relaks??!!! 
Grupa zgodnie - Oczywista sprawa!!!!!
Dochodzimy na rynek i niespodzianka....Wszystkie sklepy zamknięte!!!! Znajdujemy jeden otwarty i kolejna niespodzianka...wykupione wszystkie piwa, jest tylko jedna sztuka i to w dodatku radler!!! 
MASAKRA!!!! Postanawiamy zatem być sprawiedliwi, nikt nie będzie piwka miał. Kupujemy po lodzie i ruszamy na kwaterę. Pani Janina wita nas z otwartymi ramionami, a na stole czeka przepyszny placuszek z truskawkami :) No chociaż to, po męczącym dniu!!!!!
Kąpiel, herbatka, ciasto i padamy :) Zmęczenie wzięło gorę :) 
Za to ranek jest cudowny, pogoda piękna, aż chce się żyć :) Żegnamy się z Panią Janinką i ruszamy na Przehybę. 
W okolicznym sklepie zaopatrujemy się w napój bogów, bo wiadomo w schronisku cena kosmos!!! Z Justynką już kiedyś pokonywałyśmy ten etap szlaku więc wiemy, że czeka nas dużo podjeść. Ale co tam nie będziemy informować innych towarzyszy :) Idziemy!! Jest ja zawsze wesoło, no bo w końcu mamy piękne życie, to nic tylko się trzeba cieszyć :) Słońce dopieka, co wcale nam nie pomaga zwłaszcza, że plecaki od piwka zrobiły się ciut cięższe :) Co jakiś czas chwilka odpoczynku na kilka fotek, kanapkę i najzwyczajniejsze odciążenie pleców :)







Droga choć nie płaska nie jest, aż tak bardzo męcząca jak dnia poprzedniego. Z dobrymi humorami docieramy do Schroniska PTTK na Przehybie. No i tu się zaczyna pod górkę :) Pokoi brak, ponieważ w schronisku okoliczna młodzież z Krościenka i Szczawnicy postanowiła sobie zrobić imprezkę alkoholową. Zajęli większą część pokoi, a turyści mają spać na glebie. Wykorzystując punkt pierwszy regulaminu schroniska, mówiący, że schronisko to miejsce dla turystów i w pierwszej kolejności pierwszeństwo noclegu mają członkowie PTTK (a takowymi jesteśmy), udaje nam się zdobyć pokój dwuosobowy. Bierzemy dwa łóżka, dwa materace i atrakcyjna cena :) I co można, można tylko trzeba chcieć :). Druga niespodzianka w schronisku, to taka, że wrzątek dostaniesz tylko w godzinach pracy bufetu czyli od 8-19. Dotrzesz do schronu później, to ryzyko, że nawet nie napijesz się herbaty. Oczywiście można ładnie poprosić, ale mina pani z bufetu mówi sama za siebie: skończyłam pracę, czego tu chcesz!!! Na szczęście my dotarliśmy dużo wcześniej, więc spokojnie mogliśmy zjeść coś ciepłego i napić się herbatki. Noc mija w miarę spokojnie, imprezowicze szybciej padli niż by chcieli. Rano bez większego żalu żegnamy się z Przehybą i ruszamy w stronę Rytra. 


Cel trzeciego dnia wędrówki to Chata Cyrla. Ruszamy!!! Pierwszy cel to Radziejowa. Ten etap szlaku jest dość przyjemny. Na Radziejową docieramy w około półtorej godziny niespiesznego marszu. 
Na Radziejowej, kto chętny zdobywa wieżę widokową, ja osobiście odpuściłam. Za to znalazłam niedaleko wieży gift - blaszany kubek turystyczny.
 Dalsza droga nie jest specjalnie trudna, nie ma wielkich podejść. Jedno co daje nam się we znaki to palące słonce. Najgorzej jest na otwartym terenie oraz na ostatnim kawałku kiedy szlak schodzi do miejscowości Rytro. Na tym odcinku idziemy asfaltem. Nagrzana droga daje popalić. Z góry żar, z dołu żar. Nie ma nic gorszego niż wędrowanie po asfalcie. Dochodzimy do Rytra, kupujemy w sklepie piwko ostatni nasz cel tego dnia to dotrzeć do Chaty Cyrla. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Postanawiamy odpocząć przy strumyku i wymoczyć stopy w zimnej wodzie. To był najlepszy pomysł jaki mógł nam przyjść do głowy. Ratunek!!! Bez tego odpoczynku i moczenia stopek na Cyrlę by nikt nie dotarł :) 








Ostatni odcinek szlaku w tym dniu pokonujemy w około 1,5 godziny. Droga pnie się w górę, ale jak ktoś chce iść troszkę łagodniejszą wersją to może wybrać asfalt i drogę bitą, która dojeżdżają do chaty samochody. Przewidując, że z pokojem będzie ciężko, zadzwoniliśmy wcześniej do Chaty i poprosiliśmy o jakikolwiek pokoik. Miłe zaskoczenie nas spotkało, kiedy okazuje się, że dostajemy pokój z łazienką. Co prawda z łóżkiem małżeńskim i do tego dwa materace ale standard przewyższa wszelkie dotychczasowe noclegi :) W Chacie Cyrla jest przemiła atmosfera i bardzo dobre jedzenie. Pierogi z jagnięciną palce lizać, porcja duża i warta swej ceny. Relaksujemy się i debatujemy czy następnego dnia iść do Krynicy, czy zejść do Rytra i wracać.
 



Ostatecznie dochodzimy do wniosku, że z Krynicy przy długim weekendzie nie wydostaniemy się, bo nie mamy biletów na PKS. Podejmujemy decyzję - schodzimy do Rytra. Przyjemny czas w chacie mija szybko. Rano śniadanie, przepyszna szarlotka domowej roboty do kawki i schodzimy. Teraz już tylko powrót. Wstępujemy na ruiny zamku.



 Schodzimy do Rytra, skąd busem docieramy do Nowego Sącza, później PKS do Krakowa i z Kraka pociągiem do domu.  Kolejny etap zakończony sukcesem, już wiemy, że w maju 2016 dwa razy zawitamy na kolejne etapy GSB. A w październiku może uda nam się zakończyć cały szlak. Trzeba będzie wymyślić jakiś nowy cel w naszym pięknym życiu :) Kilka górskich i rowerowych w głowie świta, czas zacząć spełniać swoje marzenia. W takim razie do zobaczenia na GSB wiosną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz