Pierwsza część szlaku była już tylko miłym wspomnieniem....bardzo miłym wspomnieniem, więc jak tylko nastała wiosna spakowaliśmy ponownie swoje plecaki i ruszyliśmy zdobyć kolejny etap.Oczywiście rozpoczynamy w miejscu zakończenia poprzedniego etapu. Tak więc znów fatygujemy kolegę i zawozi nas w miejsce startu. Nocka w drodze i wczesnym rankiem stawiamy się na parkingu w Korbielowie. Pogoda przywitała nas bardzo łaskawie. Zakładamy plecaki, które dają się we znaki od pierwszych kroków i ruszmy.
Cel pierwszego dnia dotrzeć do Schroniska PTTK na Markowych Szczawinach. Od początku wiemy, że to będzie najgorszy i dzień. Zmęczeni, do przejścia kupa kilometrów, plecaki ciężkie. Ale humor jak zawsze w górach jest wyśmienity. Idziemy zatrzymując się co jakiś czas na krótki odpoczynek. Dzień bardzo miło nam mija.
Po całym dniu dreptania, bez większych przygód docieramy do schroniska. Jesteśmy padnięci, ale szczęśliwi. Schronisko okazuje się całkiem przyjemnym miejscem.
Idziemy załatwić nocleg - no i co okazuje się, że zostaje nam tylko podłoga. No nic nie ma wyjścia, płacimy i idziemy walczyć o ostatnie sztuki materacy. W dosłownym tego słowa znaczeniu, bo zostało już tylko trzy sztuki. Więc zabieramy, robimy małe zamieszanie, wywracając wieszaki/sznurki na bieliznę. W ostateczności lokujemy się przed salą na korytarzu, łączymy trzy materace i okazuje się, że mamy najlepsza miejscówkę, ze wszystkich śpiących na glebie. Nikt nam nie chrapie za uszami, mamy dużo miejsca i swobody. Po ogarnięciu się zasiadamy w naszym kącie, wyjmujemy piwko, które należy nam się rzecz jasna i dyskutujemy, śmiejemy się i relaksujemy.
Nasze dobre humory nie każdemu przypadły do gustu, ale cóż jak ktoś jest z założenia gburem to tak już jest. Pokojowi jesteśmy więc, ułożyliśmy się spokojnie do snu, nie przeszkadzając innym. Noc mija nad wyraz szybko, ale rano wstajemy wypoczęci i gotowi do działania.
Przed nami najwyższy szczyt na całym Głównym Szlaku Beskidzkim- Babia Góra (1725 m n.p.m), zwana również Diablakiem. Diablak owiany jest również tajemnicami i legendami. Ale my przesądni nie jesteśmy, więc po śniadaniu ruszamy. Podejście daje się we znaki, szlak pnie się ostro w górę po kamiennej ścieżce, tworzącej schody. Po niecałej godzinie docieramy do Przełęczy Brona, skąd można obserwować piękne widoki - o ole ma się więcej szczęścia niż my :)
Chwilka przerwy na foto i maszerujemy dalej. Szlak pnie wyżej i wyżej. Idziemy wśród kosodrzewiny, która daje nam schronienie przed wiatrem, oczywiście tylko do czasu. Czytaliśmy co prawda, że pogoda na Babiej Górze zmienia się błyskawicznie, raz jest pięknie, za chwilę zimno i wietrznie. Jesteśmy przygotowani, targamy w końcu ubrania w plecaku :) I wszystko się sprawdza - wyszliśmy ze schroniska w spodenkach i bluzach, na Babia docieramy ubrani w długie getry, bluzy, kurtki.
Widoki niestety żadne, będzie trzeba jeszcze kiedyś wrócić na Diablaka :) Schodzimy!! Po chwili rozbieramy się, bo pogoda zmienną jest :). Zejście do przełęczy jest męczące, wkurzające i nie wiem co jeszcze. Na bank obciąża kolana :) Udało się, zeszliśmy cali i zdrowi, co prawda tak nam się to zejście dłużyło, że myślałam, iż mijają wieki.
Już myśleliśmy, że najgorsze za nami...ale jak to góry mają czasem niespodziankę. Celem drugiego dnia jest Schronisko na Hali Krupowej. Wydawało by się, że to będzie miły i przyjemny odcinek, ale niestety po wichurach powalone drzewa tworzą labirynt nie do przebycia!!!
Najgorzej jest w okolicach Policy, gdzie drzewa powalone są tak gęsto, że musimy szukać drogi i schodzić ze szlaku, żeby je ominąć. Chłopcy byli kawałek przed nami, więc przyszło nam we trzy babki radzić sobie z żywiołem. W tym miejscu trzeba podziękować tym, którzy oznaczyli niebieskimi taśmami "nowy" szlak, tak aby bez większych problemów i poszukiwań ominąć powalone drzewa. Przez to wszystko, las stał się nad wyraz mrocznym miejscem :) Udaje się, omijamy przeszkody i docieramy do schroniska, które nie jest już tak "wypasione" jak poprzednie, ale ma swój klimat.
Najgorzej jest w okolicach Policy, gdzie drzewa powalone są tak gęsto, że musimy szukać drogi i schodzić ze szlaku, żeby je ominąć. Chłopcy byli kawałek przed nami, więc przyszło nam we trzy babki radzić sobie z żywiołem. W tym miejscu trzeba podziękować tym, którzy oznaczyli niebieskimi taśmami "nowy" szlak, tak aby bez większych problemów i poszukiwań ominąć powalone drzewa. Przez to wszystko, las stał się nad wyraz mrocznym miejscem :) Udaje się, omijamy przeszkody i docieramy do schroniska, które nie jest już tak "wypasione" jak poprzednie, ale ma swój klimat.
Udaje nam się dostać pokój - wieloosobowy :) Trzynaście osób w jednym pomieszczeniu, nie grzeszącym wielkością. Piętrowe łóżka, których nienawidzę. Trudno taki urok wędrowania :) Najważniejsze, że nie kapie na głowę, jest ciepła woda, wrzątek i piwko :) Miło spędzony czas, oprócz małych nieporozumień o prąd, ale piękne życie nie jest miejscem, żeby wspominać beznadziejne sytuacje :) W każdym razie rada dla wędrujących szlakiem GSB, zabrać rozgałęźnik :) Nabieramy sił na trzeci dzień. Cel trzeciego dnia, jak siły pozwolą - Schronisko na Starych Wierchach, jak siły nas zawiodą - Schronisko na Mciejowej. Pierwszy odcinek szlaku od Schroniska na Hali Krupowej do Rabki jest całkiem przyjemny. W Rabce zaczną się męczarnie, pierwsza to podejście pod Maciejową. Szlak prowadzi zboczem stoku narciarskiego, podejście niby nie długie ale męczące. Idziemy siły są, więc powoli krok za krokiem wdrapujemy się na górę. Oczywiście chłopcy i ja z Justą, już wiemy, że trzeba iść dalej. Becia nadal myśli, że śpimy na Maciejowej i to ostatnia męczarnia dnia dzisiejszego.
No
niestety...na górze chwilka odpoczynku i informujemy Beatkę, że czas
dreptać dalej. Początkowo próbuje nas przekonać, że schron taki super,
że klimat, ale jesteśmy nie ugięci. I bardzo dobrze, ale o tym później.
Po około godzinie, może chwilkę dłużej jesteśmy w kolejnym schronisku.
Schronisko na Starych Wierchach zostanie w naszej pamięci do końca życia
:) Takiego klimatu jeszcze nie spotkaliśmy w górskich schronach, w
których było nam dane spać. Hasło "Becia a Ty chciałaś spać na
Maciejowej" zostanie już na zawsze. Ale o tym za chwilkę. Tak więc
dotarliśmy do schroniska, mamy pokój o dziwo sami :) Kąpiel w lodowatej
wodzie, ale to nas nie zraziło.
Schodzimy
do sali jadalnej i okazuje się, że w schronisku będzie koncert :)
Zasiadamy, zbierają się ludzie, muzycy... Bardzo fajny koncert poezji
śpiewanej, górale po góralsku leja wódkę i tak impreza rozkręca się na
maksa. Są tańce, śpiewy, picie na kuchni, granie na skrzypcach i super
atmosfera :) A Becia chciała spać na Maciejowej :) Impreza schroniskowa
trwała do późnych godzin nocnych, takiego klimatu nam trzeba było. Rano
troszkę z kacem, ale zadowolenie zwlekamy się z łóżek.
Ostatni dzień naszego drugiego etapu GSB rozpoczyna się w męczarniach po nocnych wygibasach. Zbieramy się i mozolnie ruszamy w stronę Turbacza. Idziemy noga za nogą i co tu dużo pisać, do Turbacza mamy masakrę :). Ale z każdym krokiem wypacamy alko i na Turbaczu czujemy się już znacznie lepiej. Powoli trzeba się żegnać z górami. Po zdobyciu Turbacza, odpoczynek w schronisku i ruszamy w dół schodzimy do Ochotnicy. W Ochotnicy czeka na nas samochód. I znowu odjeżdżając wiemy, że za jakiś czas staniemy w tym samym miejscu, by pokonać kolejne kilometry Głównego Szlaku Beskidzkiego. Ja już wiem, że słowa dotrzymaliśmy i tak było, ale o tym w następnym poście. Wyjazd wspominamy do tej pory z uśmiechem i z hasłem przewodnim rodziny na ustach , ale My mamy piękne życie!! :)
Fantastycznie! :)
OdpowiedzUsuń