O znakowanym na czerwono Głównym Szlaku Beskidzkim (GSB) Kazimierza Sosonowskiego ciągnącym się od Ustronia w Beskidzie Śląskim do Wołosatego w Bieszczadach myśleliśmy od dłuższego czasu. W końcu pewnego dnia przyszedł czas na zmierzenie się ze szlakiem. Fajnie było by przejść szlak za jednym zamachem, ale z racji czasu nie mogliśmy tego uczynić. Tak więc postanowiliśmy podzielić szlak na etapy. I tak zebraliśmy ekipę, spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na pierwszy etap GSB. Zaplanowaliśmy w pierwszym etapie przebyć drogę z Ustronia do Korbielowa.
Pierwsza wyprawa była jak to bywa zazwyczaj najtrudniejsza. Dla większości z nas to pierwszy wypad z plecakiem od schroniska do schroniska. Mimo, że zapakowaliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, plecaki i tak dawały się we znaki. Ale co się nie robi dla swojej pasji. Ułatwiliśmy sobie sprawę i poprosiliśmy kolegę, aby nas zawiózł do Ustronia, skąd ruszaliśmy w drogę. Tak więc usadawiamy się w nocy w aucie i jedziemy. Wypad zaplanowaliśmy na 5 dni czyli 4 noclegi. Cała noc oczywiście nieprzespana :) Ale to nic szczęśliwi i pełni optymizmu stawiamy się na szlaku około godziny 7.00. Idziemy!!! W pierwszym dniu mamy dotrzeć do Schroniska PTTK na Stożku. Nie trzeba było długo czekać, aby się dowiedzieć, jak słońce i ciężar na plecach potrafią dać w kość. Pierwsze większe podejście - Wielka Czantoria. Żeby to piernik jasny wziął, że ja się zdecydowałam - tak wtedy tak myśleliśmy. W pełnym słońcu podchodzimy stromym stokiem narciarskim. Sama Czantoria nie jest jakimś wybitnie wielkim szczytem, ale podejście w takich warunkach z 20-kilogramowym plecakiem i po nieprzespanej nocy dało nam się we znaki. Nie poddaliśmy się - Czantoria zdobyta.
Chłopcy zdobywają wieżę widokową, my odpuszczamy :) Może następnym razem :)
Dalsza droga idzie już zdecydowanie łatwiej, nawet plecaki stają się mniej uciążliwe. Co jakiś czas robimy sobie małą przerwę, pogoda dopisuje. Jest pięknie!!! No w końcu jesteśmy w górach!!
Dzień pierwszy miał być jednym z najdłuższych. Popołudniu docieramy w okolice Stożka, jeszcze tylko podejście i będziemy przy schronisku. Humory dopisują, siły jeszcze są :) Ale podejście pod schronisko na Stożku dobija nas :) Dochodzimy, zdejmujemy plecaki i dziękujemy Bogu, że to już koniec pierwszego dnia. :) Schronisko nie najgorsze, ale obsługa jakby tam za karę była. No nic - zajmujemy pokój, jemy kolację i otwieramy piwko, a co w końcu zasłużyliśmy :) Telefony z domu się urywają, trwają poszukiwania Zygi, który podobno zaginął :) To my stacjonując na granicy musimy poruszyć 10 osób, żeby się dowiedzieć, że mój osobisty mąż najzwyklej w świecie uszkodził telefon :) No nic odnaleziony, można spokojnie iść spać. Rano trzeba będzie wstać wcześnie, zjeść śniadanie i ruszać w dalszą drogę.
Noc mija spokojnie. Rano na myśl o plecaku chętnie byśmy poszli spać dalej :) No nic szybka toaleta, nie ma się co ociągać spadamy ze Stożka. Przecież jest cel, trzeba go zrealizować. Bez większego żalu żegnamy się ze Schroniskiem na Stożku.
Ruszamy!! Pogoda w drugim dniu jest już mniej łaskawa. Wychodzimy w deszczu! No nic trzeba będzie to przeżyć. Szlak jest śliski, momentami dość duże błoto, ale co tu dużo gadać przygoda to przygoda, nikt nie powiedział, że cały wyjazd będzie pod znakiem słońca :)
W takiej pogodzie mija prawie cały dzień. Cel dojść do schroniska pod Baranią Górą. Znów cały dzień z plecakiem na plecach i w marszu :) No cóż taką mamy pasje :) Nic się na to nie poradzi :) Bez większych trudności popołudniu meldujemy się w schronie. No Schronisko pod Baranią Górą wygląda bardziej na blok niż schronisko, ale cóż niech będzie :) No i się zaczyna :) Jedyny działający kontakt w całym pokoju jest w zamkniętej łazience bez klamek. Ale co to dla nas otwieramy i to był błąd. Nawet teraz pisząc post czuje ten smród!!! No nic ale telefony trzeba naładować!! Plusem schroniska jest działające wi-fi :) Nie ma co narzekać mogło być gorzej. Kolejna spokojna noc, każdy pada jak kawka :) Rano znowu pobudka ze świtem, trzeba się pakować i lecieć dalej :) Dzień trzeci - cel dotrzeć do Węgierskiej Górki :)
Ruszamy!! Pierwszy cel to Barania Góra. Podejście nie jest bardzo męczące, ale widoki wynagrodzą wszelkie trudy. Podejście na Baranią Górę ze schroniska zajmuje nam niewiele ponad godzinę. Widoki piękne, wieża widokowa zdobyta :)
Jest pięknie!!! No cóż trzeba iść dalej musimy dojść do celu. Węgierska Górka jeszcze daleko :) Droga obfituje w widoki więc i łatwiej i przyjemniej się maszeruje. Jedyne nasze zmartwienie to to, że w Węgierskiej Górce nie mamy rezerwacji noclegu. Ale chyba uda nam się coś znaleźć, jesteśmy dobrej myśli :)
Mija trzeci dzień wędrowania docieramy do Węgierskiej Górki, czas znaleźć jakiś nocleg. O dziwo udaje nam się to za pierwszym strzałem. Warunki idealne!! Pokój jak marzenie i na szlaku, więc nie trzeba będzie nadrabiać kilometrów. Zamawiamy śniadanie na ranek i ruszamy zwiedzić Węgierską Górkę, a przy okazji zjeść normalny obiad. Wcinamy placki po węgiersku w super odjazdowej restauracji. Wydawało nam się nawet, że w tej knajpie odbywały się "Kuchenne rewolucje" Magdy G. Zapytaliśmy kelnera, ale chyba jemu wydawało się jednak inaczej niż nam :) Wrażenie mam, że odebrał to jakbyśmy urazili ich zdolności kulinarne. Na szczęście przeżyliśmy ten obiad, który notabene był naprawdę pyszny. Zresztą po trzech dniach jedzenia zupek chińskich i pasztetów wszystko by nam smakowało :) Postanowiliśmy odprężyć się i zakupić żurawinówkę na wieczór. Tak też czynimy. No i w pokoju pojawia się problem - nie mamy kieliszka. Ale taki problem to nie problem, Andrzej - wynalazca zaraz nam coś skombinuje z wieczka od pudełka po lodach. No i tak nam skombinował, że piliśmy w kubkach termicznych. Ale za to do tej pory się śmiejemy z wynalazku Andrzejka :) Wtajemniczeni wiedzą jak to wyglądało :) Kończymy trzeci dzień!!
Rano czeka nas pyszne śniadanko. Stawiamy się na stołówce, stół zastawiony. hmmmmm pysznie :) Wciągamy wszystko nawet sałatę z dekoracji talerza, chyba pasztety dały się we znaki :) Najedzeni i szczęśliwi ruszamy!! Cel czwartego dnia - Schronisko Rysianka. Pogoda średnio się spisuje, ale humory wręcz wyśmienite :) Idziemy po drodze odwiedzimy Stację Słowianka, warto zatrzymać się na chwilkę!! Tak też robimy, chwilę odpoczywamy przed podejściem na Rysiankę. Szlak pnie się w górę, odczuwamy już zmęczenie po trzech poprzednich dniach. Ale Rysianka musi być zdobyta. Droga nie jest miła i przyjemna, bo szlak śliski i zabłocony po opadach. Błoto poczułam sama na sobie, wdeptując po kostkę w breję :)
Po całym dniu w zachmurzonej aurze docieramy do Schroniska PTTK na Hali Rysiance. I tutaj miłe zaskoczenie, schronisko z prawdziwym klimatem górskim. Dostajemy pokój wieloosobowy na samej górze schronu. Czekamy na kolej w łazience, a później zasiadamy w jadalni i otwieramy napój bogów. Piwko jest w sam raz na zbolałe mięśnie. Tak Schronisko na Rysiance, możemy polecić bez zająknięcia :). To już ostatni nasz nocleg na tym etapie szlaku. Ostatniego dnia żegnamy się z Rysianką i schodzimy do Korbielowa, po drodze zahaczając o Schronisko na Hali Miziowej. Ostatni dzień to już relaks.
Dochodzimy do parkingu w Korbielowie przy granicy. Tam czeka na nas transport. Jeszcze tylko obiad przed wyjazdem i ruszamy do domu. Czy było warto rozpocząć przygodę z GSB??? No oczywista oczywistość, że było warto. Kolejna przygoda, kolejne wspomnienia. Tego nikt nam w życiu nie zabierze. A przede wszystkim kolejny cel w naszym pięknym życiu, przecież jak już rozpoczęliśmy to teraz było by głupio nie skończyć. No nawet nie wypada!!!! Tak więc wracając z Korbielowa, wiemy że niebawem znów tu zawitamy na ten sam parking i ruszymy w dalszą drogę, ale o tym w następnym poście. Ach te góry, wciągają nas bez reszty, stawiając coraz to nowe wyzwania. Ale co tu dużo myśleć, nie zamienilibyśmy naszego pięknego życia na żadne inne. Rodzina z kuzynami zdobędzie cały GSB dzieląc go na etapy!!! Hmmm no i co mamy piękne życie?? :) Ja uważam, że mamy !!
























No piękna relacja i trasa, z opisu wygląda, że do gór droga daleka, duże gratki za wytrwałość i pasję...pozdrawiam i życze samych udanych z nutką przygód wypraw
OdpowiedzUsuńNiestety kawałek drogi mamy, ale to nas nie zraża. Góry pokochaliśmy nad życie :) Dziękuję za miłe słowa :) pozdrawiam
OdpowiedzUsuń