Lipcowy wyjazd w Tatry zapewnił nam mnóstwo wrażeń, zwłaszcza tych burzowych. Po ucieczce z Wołowca myśleliśmy, że już najgorsze za nami i więcej takich niespodzianek ukochane góry nam nie dostarczą... A jednak!!! Nie trzeba było długo czekać, już następnego dnia mieliśmy powtórkę z rozrywki, tyle, że w trochę lżejszej wersji. Wyszliśmy z tego suchą nogą :)
Czteroosobowy skład wycieczkowy dociera do Kuźnic, kupuje bilety w kasie TPN i rusza w kierunku Hali Kondratowej. Tak, tak to ta co często do niej zaglądają misie :) Mijamy po drodze Polanę Kalatówki, kierując się w stronę Hali. Po około 40 minutach docieramy do Hali Kondratowej, gdzie obowiązkowo robimy przerwę przy najmniejszym schronisku w Tatarach.
I tutaj rozpoczynamy pierwszą debatę - co dalej robimy? Pogoda jeszcze jest piękna, ale prognozy mówią, że będzie gwałtowna zmiana. Po dłuższej chwili decydujemy - idziemy najwyżej będziemy gdzieś zmykać w razie zmiany. Sprawa druga jest taka, że po przygodzie burzowej na Wołowcu buty nie wyschły, więc idziemy w butach sportowych, a nasze buty górskie schną przywieszone do plecaków. Już im nie dużo brakuje więc pewno po zdobyciu kopy będzie je można w końcu założyć i wyglądać jak człowiek. Ruszamy zielonym szlakiem na Przełęcz pod Kopą. Ścieżka wygląda bardzo interesująco, już wiemy, że podejście da w kość, zwłaszcza, że słońce jeszcze grzeje jak tylko potrafi!!
Idziemy podziwiając śpiącego rycerza, na którego jak to w sezonie pchają się tłumy ludzi. W głowie myśl, dobrze że my zdobyliśmy go w październiku, bez kolejki i nerwówki :)
Po około 1,5 godziny z przerwami na foto docieramy do Przełęczy pod Kopą Kondracką. Do pierwszego Czerwonego wierchu mamy już tylko 20 minut. Pogoda jeszcze nie najgorsza :) Fotka, chwilka odpoczynku i ruszamy na Kopę Kondracką.
Podejście na sam szczyt nie przysporzyło nam specjalnych trudności. Jedynie coraz bardziej wieje, więc wyciągamy z plecaków bluzy. Widoki są piękne!!! Jak to w górach :) Dłuższa chwila na foty i podjęcie decyzji co dalej??!! W tym momencie jeszcze nie wiemy, że za chwilę nasze pytanie nie będzie miało mniejszego znaczenia :)
Oczy łapią, mózg koduje w pamięci każdy widok, a pogoda się zmienia :) Mhyyyyy czyżby pierwsze pomruki??!!! Słyszeliście???!!! No i wszystko staje się jasne, nie ma co się pchać dalej na kolejne szczyty, trzeba uciekać z grani!!! Nie, nie przesłyszeliśmy się - to nadciąga burza. Pierwsza zasada jak w górach grzmi, pamiętaj nie przejdzie bokiem :) Wcześniej czy później będzie nad tobą!! Szybka decyzja - Czerwone Wierchy się nie zapadną pod ziemię, zrobimy drugie podejście przy następnej okazji, lepiej wyjść z tego cało i zobaczyć jeszcze kiedyś góry :) Tak więc bez większego zastanowienia postanawiamy schodzić przez Kondracką Przełęcz do Hali Kondratowej. Zmieniamy buty na odpowiednie obuwie, żeby kostka była stabilna i ruszamy. Tempo narzucamy dość szybkie, żeby udało się zejść jak najniżej przed kolejną ulewą i burzą. Kamienna ścieżka nie ułatwia nam sprawy. Dość szybko docieramy do schroniska, chwila zastanowienia, zerkamy w niebo i mówimy szybkim, ale to naprawdę mega szybkim tempem uda nam się dojść do Polany Kalatówki. No to GO!!!! po kolejnych 15 minutach docieramy do Hotelu na Kalatówkach. Zdążyliśmy przekroczyć próg, a tam jak nie grzmotnie, jak nie lunie!!!! No to udało się suchą nogą dotrzeć, dzisiaj wygraliśmy z żywiołem. Czekamy, czekamy, czekamy, a deszcz nie przestaje padać. Myśl - ciekawe czy namiot jeszcze stoi?!? :) Powinien wytrzymać w końcu sprawdzony sprzęt, już nie raz takie ulewy wytrzymywał :) W najgorszym wypadku będziemy mieć mokre śpiwory, reszta rzeczy jest w samochodzie :)
Na Kalatówkach spędzamy dobre dwie godziny, w końcu przestaje padać i możemy udać się w drogę i dotrzeć do Kuźnic. Z Kuźnic łapiemy busa, nic znowu trzeba wypić piwko i się wyluzować. Burza nie jest niczym przyjemnym. Tak tyle, że nikt z nas nie wie z czym przyjdzie się zmierzyć w nocy w namiocie!!! Tyle burz na jednym wyjeździe nie przeżyliśmy jeszcze nigdy, i mam nadzieję, że więcej nie doświadczymy podobnych zjawisk.
Czerwone Wierchy podejście pierwsze zakończone porażką :) Ale lepiej taka porażka, niż trafienie piorunem. Podejście drugie zaplanowane na 2016 rok. Miejmy nadzieję, że pogoda będzie bardziej łaskawa.
Oczywiście należy powiedzieć, że życie mamy piękne, tyle że czasem burzowe :) No to cóż nam pozostaje, planujemy kolejne wyprawy :) Czerwone Wierchy i nie tylko czekają!!!
















Takie przygody najlepiej się wspomina :-)
OdpowiedzUsuńŚwięta racja :) A w tym wszystkim najlepsze jest to, że takie przygody nie zniechęcają człowieka :) Wręcz odwrotnie jeszcze bardziej nas ciągnie w ukochane góry :) Prawdą jest: "Góry upajają, człowiek raz uzależniony jest nie do wyleczenia :)
UsuńMarzę, by wybrać się zimą... :)
Usuń