środa, 13 lipca 2016

Radość, satysfakcja, złość i zmasakrowane stopy, czyli maraton pieszy na 50 km

Maraton pieszy na 50 km...tak znowu to zrobiłyśmy, znowu przeszłyśmy ten nie tak łatwy dystans, chociaż rok temu zarzekałyśmy się, że nigdy więcej :) No ale jak to bywa przeszły bóle to i złość przeszła, a nadeszła chęć na zmierzenie się z tym dystansem jeszcze raz, jeszcze raz udowodnić sobie i wszystkim w koło, że można, że jednak się da!!

Tak więc w połowie czerwca po raz drugi stanęłyśmy na starcie Koneckiego Maratonu Pieszego na 50 km. Tym razem w okrojonym składzie tj. Ja-Pola oraz ma osobista szwagierka Justa :) Trasa zapowiadała się cudownie!!! Dobrze nam znana bynajmniej w dużej części napawała nas optymizmem. Nauczone doświadczeniem z zeszłego roku wiedziałyśmy co i jak, mówimy " będzie łatwiej"!!, " damy radę"!! Łatwiej nie było!! Ale zdecydowanie było warto!! 
Wstajemy rano wypoczęte i o godzinie 6:00 już nie da się wytrzymać z gorąca. Szybka wniosek i decyzja trzeba wziąć lżejsze obuwie. No i tak czynimy, że to był kiepski pomysł przekonam się zwłaszcza ja już na 15 km :) Stajemy na starcie w Bliżynie o godzinie 8:00, żar leje się z nieba, ale humory jak to na koneckich imprezach dopisują :) Na starcie prawie setka piechurów! Większość twarzy znana nam z różnych imprez. Szybkie ogarnięcie spraw organizacyjnych, wspólna fota i 8:30 w pełnym słońcu ruszamy!!! Trasa wiedzie cały czas "Piekielnym Szlakiem", co jest adekwatne do panującej pogody :) Z Bliżyna przez Bramę Piekielną, Piekło Dalejowskie udajemy się na Świnią Górę, gdzie postanawiamy zrobić pierwszy odpoczynek. I właśnie tutaj na mniej więcej 15 km okazuje się, że mam pierwsze bąble :) ale dobra twarda ze mnie baba dam rade!!! Przyklejam plasterek i ruszamy dalej w kierunku Kucębowa. W tej części trasa wiedzie w większości asfaltem, co dobija nas masakrycznie. Żar z góry, żar z dołu (nagrzany asfalt) i żar na moich stopach!!! Dochodzimy do Kucębowa, gdzie znajduje się pierwszy na trasie sklep!!! Kobieta chyba w życiu tyle zimnych napoi nie sprzedała :) 

Chwila odpoczynku, butelka oranżady przeplatana pepsi, węgle naładowane idziemy dalej. Kierunek Krasna, Cisowniki, Modrzewina. Powoli z moimi stopami, już nie jedną stopą, zaczyna się dziać tragedia. Tak więc w krasnej postanawiam przeprowadzić akcję-operację :) Przebijamy bąbelki!!!! Dezynfekcja (dobrze, że zapakowałam płyn dezynfekujący), igiełka i pyk!! Bąbelki zaatakowane, plasterki i idziemy dalej. Jest lepiej!!! Ale cóż moja radość była przedwczesna :) Teraz już nawet żar mnie tak nie denerwuje jak te stopy, w duchu przeklinam się, że nie założyłam jednak butów górskich, moich ukochanych, sprawdzonych Trezetek :) Co mnie podkusiło na buty biegowe, niby też sprawdzone, ale nie na taki dystans!!! Szlag by to trafił!!!! W Cisownikach kolejny chwilowy postój, przemiły pan ugasił nasze pragnienie zimną wodą ze studni. Panu należą się mega podziękowania!! Ile on uratował istnień w ten upalny dzień!!! :) Niech chłopina żyje w zdrowiu jak najdłużej!!! :) No i tutaj czas na operację nr 2 :) Tym razem po przebiciu, plasterkami na odciski znanej formy ratuje mnie jeden ze stałych bywalców imprez koneckich. Że bardziej mnie to dobiło , niż uratowało dowiedziałam się na mecie :) Firma znana i może i lubiana, ale na moje stópki niestety nie pomogła :) 
Droga do pokonania to jeszcze 15 km!! Niby mało, ale po 35 km zaczyna się kryzys!!! Idziemy i sobie tak rozmawiamy, dlaczego my nie mamy innej pasji?, czemu nie leżymy teraz pod palmą i popijamy pysznego drinka? No właśnie czemu??!!! A no temu, że mamy piękne życie :)!! 

Idziemy i idziemy i idziemy, co raz ciężej, coraz bardziej obolałe moje nogi, no ale jak już wystartowałyśmy to co teraz się poddamy!! No nigdy w życiu. Przed Modrzewiną ratuje nas kolejny przemiły Pan, jemu też należą się podziękowania, ale za co to pozostanie naszą słodka tajemnicą :) A co nie można mieć tajemnicy maratonowej :) 
Czas tak szybko mija jak się maszeruje, że zanim się obejrzałyśmy jesteśmy na ostatnim punkcie kontrolnym i przed nami ostatnia prosta do Silepi, gdzie zlokalizowana była meta. Ostatnie 6-7 km :)Co się okazuję na ostatniej prostej, ano to, że po 44 km w nogach zdesperowany człowiek ma siłę biegać!! Tak biegać ostatnie km pokonujemy biegiem, a to dlatego, że po pierwsze krwiopijcy nie dają nam iść w spokoju gryzą jak oszalałe wstrętne komarzyce :), a po drugie moim nogą lepiej biec niż iść :) Tak więc na metę wkraczamy truchcikiem z trofeum w ręce zakupionym na deptaku, a trofeum to oczywiście zimne piwko :) 

Dotarłyśmy!!!! Radość bo to jednak nie tak łatwo pokonać 50 km pieszo, satysfakcja ogromna :) Złość też jest zwłaszcza na swoją głupotę, no i zmasakrowane stopy, ale co tam stopy się wyleczy i na przyszły maraton będą jak nowe :) 
Te koneckie imprezy....oczywiście zakończone ogniskiem, pogaduszkami z takimi samymi napaleńcami jak my i....uwaga zmasakrowane stopy nie przeszkadzają, żeby jeszcze udać się na dyskotekę :) Co prawda mogę tego dokonać tylko w klapeczkach plażowych, ale w końcu jestem w Sielpi :) Tak więc po maratonie dyskoteka najlepszy lek na obolałe nogi :) Kto nie wierzy niech spróbuje, taniec czyni cuda :) 
Wnioski po maratonie: nigdy więcej 50 km w butach biegowych :) Tak będziemy tam za rok jak tylko będzie to możliwe!!!! Nie nigdy w życiu nie namówi mnie nikt na 100 km pieszo, a są i takie imprezy :) Wniosek ostatni najważniejszy - Ale my mamy piękne życie :)



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz