Maraton pieszy na 50 km...tak znowu to zrobiłyśmy, znowu przeszłyśmy ten nie tak łatwy dystans, chociaż rok temu zarzekałyśmy się, że nigdy więcej :) No ale jak to bywa przeszły bóle to i złość przeszła, a nadeszła chęć na zmierzenie się z tym dystansem jeszcze raz, jeszcze raz udowodnić sobie i wszystkim w koło, że można, że jednak się da!!
Tak więc w połowie czerwca po raz drugi stanęłyśmy na starcie Koneckiego Maratonu Pieszego na 50 km. Tym razem w okrojonym składzie tj. Ja-Pola oraz ma osobista szwagierka Justa :) Trasa zapowiadała się cudownie!!! Dobrze nam znana bynajmniej w dużej części napawała nas optymizmem. Nauczone doświadczeniem z zeszłego roku wiedziałyśmy co i jak, mówimy " będzie łatwiej"!!, " damy radę"!! Łatwiej nie było!! Ale zdecydowanie było warto!!
Wstajemy rano wypoczęte i o godzinie 6:00 już nie da się wytrzymać z gorąca. Szybka wniosek i decyzja trzeba wziąć lżejsze obuwie. No i tak czynimy, że to był kiepski pomysł przekonam się zwłaszcza ja już na 15 km :) Stajemy na starcie w Bliżynie o godzinie 8:00, żar leje się z nieba, ale humory jak to na koneckich imprezach dopisują :) Na starcie prawie setka piechurów! Większość twarzy znana nam z różnych imprez. Szybkie ogarnięcie spraw organizacyjnych, wspólna fota i 8:30 w pełnym słońcu ruszamy!!! Trasa wiedzie cały czas "Piekielnym Szlakiem", co jest adekwatne do panującej pogody :) Z Bliżyna przez Bramę Piekielną, Piekło Dalejowskie udajemy się na Świnią Górę, gdzie postanawiamy zrobić pierwszy odpoczynek. I właśnie tutaj na mniej więcej 15 km okazuje się, że mam pierwsze bąble :) ale dobra twarda ze mnie baba dam rade!!! Przyklejam plasterek i ruszamy dalej w kierunku Kucębowa. W tej części trasa wiedzie w większości asfaltem, co dobija nas masakrycznie. Żar z góry, żar z dołu (nagrzany asfalt) i żar na moich stopach!!! Dochodzimy do Kucębowa, gdzie znajduje się pierwszy na trasie sklep!!! Kobieta chyba w życiu tyle zimnych napoi nie sprzedała :)
Chwila odpoczynku, butelka oranżady przeplatana pepsi, węgle naładowane idziemy dalej. Kierunek Krasna, Cisowniki, Modrzewina. Powoli z moimi stopami, już nie jedną stopą, zaczyna się dziać tragedia. Tak więc w krasnej postanawiam przeprowadzić akcję-operację :) Przebijamy bąbelki!!!! Dezynfekcja (dobrze, że zapakowałam płyn dezynfekujący), igiełka i pyk!! Bąbelki zaatakowane, plasterki i idziemy dalej. Jest lepiej!!! Ale cóż moja radość była przedwczesna :) Teraz już nawet żar mnie tak nie denerwuje jak te stopy, w duchu przeklinam się, że nie założyłam jednak butów górskich, moich ukochanych, sprawdzonych Trezetek :) Co mnie podkusiło na buty biegowe, niby też sprawdzone, ale nie na taki dystans!!! Szlag by to trafił!!!! W Cisownikach kolejny chwilowy postój, przemiły pan ugasił nasze pragnienie zimną wodą ze studni. Panu należą się mega podziękowania!! Ile on uratował istnień w ten upalny dzień!!! :) Niech chłopina żyje w zdrowiu jak najdłużej!!! :) No i tutaj czas na operację nr 2 :) Tym razem po przebiciu, plasterkami na odciski znanej formy ratuje mnie jeden ze stałych bywalców imprez koneckich. Że bardziej mnie to dobiło , niż uratowało dowiedziałam się na mecie :) Firma znana i może i lubiana, ale na moje stópki niestety nie pomogła :)
Droga do pokonania to jeszcze 15 km!! Niby mało, ale po 35 km zaczyna się kryzys!!! Idziemy i sobie tak rozmawiamy, dlaczego my nie mamy innej pasji?, czemu nie leżymy teraz pod palmą i popijamy pysznego drinka? No właśnie czemu??!!! A no temu, że mamy piękne życie :)!!
Idziemy i idziemy i idziemy, co raz ciężej, coraz bardziej obolałe moje nogi, no ale jak już wystartowałyśmy to co teraz się poddamy!! No nigdy w życiu. Przed Modrzewiną ratuje nas kolejny przemiły Pan, jemu też należą się podziękowania, ale za co to pozostanie naszą słodka tajemnicą :) A co nie można mieć tajemnicy maratonowej :)
Czas tak szybko mija jak się maszeruje, że zanim się obejrzałyśmy jesteśmy na ostatnim punkcie kontrolnym i przed nami ostatnia prosta do Silepi, gdzie zlokalizowana była meta. Ostatnie 6-7 km :)Co się okazuję na ostatniej prostej, ano to, że po 44 km w nogach zdesperowany człowiek ma siłę biegać!! Tak biegać ostatnie km pokonujemy biegiem, a to dlatego, że po pierwsze krwiopijcy nie dają nam iść w spokoju gryzą jak oszalałe wstrętne komarzyce :), a po drugie moim nogą lepiej biec niż iść :) Tak więc na metę wkraczamy truchcikiem z trofeum w ręce zakupionym na deptaku, a trofeum to oczywiście zimne piwko :)
Dotarłyśmy!!!! Radość bo to jednak nie tak łatwo pokonać 50 km pieszo, satysfakcja ogromna :) Złość też jest zwłaszcza na swoją głupotę, no i zmasakrowane stopy, ale co tam stopy się wyleczy i na przyszły maraton będą jak nowe :)
Te koneckie imprezy....oczywiście zakończone ogniskiem, pogaduszkami z takimi samymi napaleńcami jak my i....uwaga zmasakrowane stopy nie przeszkadzają, żeby jeszcze udać się na dyskotekę :) Co prawda mogę tego dokonać tylko w klapeczkach plażowych, ale w końcu jestem w Sielpi :) Tak więc po maratonie dyskoteka najlepszy lek na obolałe nogi :) Kto nie wierzy niech spróbuje, taniec czyni cuda :)
Wnioski po maratonie: nigdy więcej 50 km w butach biegowych :) Tak będziemy tam za rok jak tylko będzie to możliwe!!!! Nie nigdy w życiu nie namówi mnie nikt na 100 km pieszo, a są i takie imprezy :) Wniosek ostatni najważniejszy - Ale my mamy piękne życie :)







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz