Termin wyjazdu na kolejny etap Głównego Szlaku Beskidzkiego mieliśmy zaplanowany już rok wcześniej, tak ludzie gór tak mają, jeszcze dobrze do domu nie wrócą, a już planują kolejne wyjazdy. Tak też jest z nami!! Trzeci etap skończyliśmy w Rytrze więc wiadomym było, że zjawimy się tam jeszcze raz i tak w majowy weekend stanęliśmy na przystanku Rytro o godzinie magicznie wczesnej bo 4:30. O tej porze na szlak jeszcze nie startowaliśmy, ale zawsze musi być ten pierwszy raz....
Jak to zwykle bywa podróż do Rytra odbyliśmy nocnym autobusem, w którym oko ledwo się zamknęło, a już trzeba było wysiadać. Nie wyspani, znaczy trzeba by napisać nie wyspane bo tylko ja i szwagiereczka spać nie mogłyśmy czyniąc w autobusie wszelakie figury jogi, startujemy na szlak. Pierwszy cel - Chata Cyrla. To część drogi już znamy z poprzedniego etapu, więc nie jest źle. Jakoś tak sprawnie i miło poszła droga do Chaty. Musieli tam mieć zdziwienie, że o 7:00 rano ktoś się już kręci, ciekawe w sumie co sobie myśleli :) Jak tylko otwiera się schronisko, natychmiast korzystamy z okazji i kupujemy najlepszą na świecie szarlotkę z bitą śmietaną i kawkę :) Po nie przespanej nocy trochę słodkości nie zaszkodzi :)
Po dłuższym odpoczynku ruszamy dalej, dzień pierwszy wyprawy to jak zwykle katowanie organizmu jak tylko się da...taka próba sił :) Zaplanowane 25 km i spanie w schronisku na Jaworzynie Krynickiej. Trasa jest przyjemna, pogoda super, czasami trafił się śnieg, ludzi na szlaku zero. Do schroniska na Hali Łabowskiej idzie miło, lekko (dobra może średnio lekko biorąc pod uwagę targany na plecach majdan) i przyjemnie. Schody w pierwszym dniu zaczęły się jak zdobywaliśmy Runek, niby taki niewysoki, a w kość dał. Podejście ciągnie się i ciągnie i końca nie widać. Mały kryzys i ból ramion nadszedł, bynajmniej u mnie na ostatnim etapie tego dnia czyli Runek-Schron na Jaworzynie. To taka moja mała droga krzyżowa. Plecak ciąży coraz bardziej, niewyspanie daje się we znaki, człowiek idzie noga za nogą i marzy o zimnym piwku i ciepłej kąpieli. A no jeszcze o tym żeby pokój nie był na ostatnim piętrze schroniska...mhy na miejscu się okazuje, że jednak tak jest :) Takie szczęście to tylko my możemy mieć. Docieramy do schroniska zmęczeniu, ale za to jacy szczęśliwi :) Bo w końcu jesteśmy w górach!!!! Kilka ujęć z pierwszego dnia.....
Pierwszy dzień za nami, regeneracja sił i rano znowu powtórka z rozrywki :) Majdan na plecy i ruszamy...Na sam początek dnia zdobywamy szczyt Jaworzyny Krynickiej. Pogoda piękna....Szczyt zdobyty trzeba podjąć pierwsze ważne decyzje :) Zjeżdżamy kolejką, czy idziemy i tracimy cenny czas i kilometry :) Po debacie i przeanalizowaniu czasu z rozpiski dochodzimy do wniosku, że zjeżdżamy i żeby nie katować nóg na asfalcie pedałując do centrum Krynicy podjedziemy busem na dalszy etap szlaku. Teraz wiemy, że to była najlepsza decyzja tego dnia!!! Pakujemy graty do gondoli i wio w dół, oczywiście śmiechu pełno bo jak tu się zmieścić w takie małe drzwiczki z taaakiimmm plecakiem. Ale udało się i wsiąść i wysiąść też bez większych problemów. Łapiemy busa i oszczędzamy czas i siły, podjeżdżamy kawałek na szlak prowadzący dalej na Huzary. Raz, dwa, trzy i zdobywamy Huzary, gdzie kończy się Beskid Sądecki i zaczyna Beskid Niski :).
Beskid Niski mówiliśmy, ten to będzie luzik, co tam takie małe szczyty - no to teraz już wiemy, że taki niby Niski a w cztery litery dać potrafi :) Zlekceważony przez nas pokazał nam na co go stać. Podejście, zejście do wsi, podejście, zejście do wsi.....i tak kilka razy..po czwartym czy piątym razie przeklinamy nasze głupie myślenie i lekceważenie Beskidu Niskiego. Nasz drugi dzień mamy zakończyć w Hańczowej, niestety po dojściu okazuje się, że jedyny nocleg, który tam jest agroturystyka u Romana jest tak jakby zamknięty :) Dzięki Bogu spada nam z nieba bus do Wysowej Zdrój, raptem 4 km dalej, ale weź i to przejdź po kolejnych już 25 km w nogach...Wysowa Zdrój, jak to na końcówkę w nazwie (Zdrój) przystało zaskakuje nas cenami. Niby taka wioska, a ceny jak w metropolii :) Ale udaje nam się znaleźć pokój w pensjonacie Emilka. No i wierzcie lub nie, ale bardzo sympatyczna pani i okazuje się, że w Skarżysku ma rodzinę :) No i kto nam powie, że my to farta nie mamy :) Tak więc jesteśmy uratowani, możemy spokojnie się wykąpać i iść coś zjeść do knajpy, a co jak Zdrój to trzeba zaszaleć :)
Przy piwku w Wysowej podejmujemy drugą ważną decyzję tego wyjazdu - za żadne skarby nie dojdziemy trzeciego dnia do Bacówki pod Bartnem!!! Postanowiliśmy przeorganizować nasze plany i dojść na tym etapie trochę bliżej, ale dojść i mieć z tego przyjemność. Tak więc trzeciego dnia przez Kozie Żebro, Regietów, Rotundę udajemy się do Zdyni. A Beskid Niski nie przestaje nas zaskakiwać, kolejne podejścia dają się we znaki. Ale ten dzień to tylko, albo i aż 15 km. W Zdyni ekstra nocleg z domowymi obiadami za marne grosze i sklep z zimnym piwkiem pod nosem. O tak takiego dnia nam było trzeba.
Po odpoczynku w Zdyni kolejny niezbyt ciężki dzień. Cel to dotarcie do Bacówki pod Bartnem - 15 km. Po śniadaniu ruszamy i co i pierwsze podejście na Popowe Wierchy tak nas dobija, że aż miło :) Pion!! Zdawałby się, że w Beskidzie Niskim pionu być nie powinno, a jednak. A i tu spotykamy pierwszą zwierzynę :) Znaczy babska część grupy tylko słyszy coś podobnego do szczekania, a nasz rodzynek widzi i wie, że to sarna. Zresztą opowieść o sarnie przy piwku w Bartnem przejdzie do historii tego wyjazdu :) Szkoda, że nie włączyliśmy nagrywania.....
Przez Popowe Wierchy i Krzywą docieramy do Wołowca. Okazuje się, że można było tam spać, o czym nie wiedzieliśmy. No nic nie ma tego złego :) Robimy sobie przerwę w Chatce Kasi. Nawet był pomysł zjedzenia tam ciepłego obiadu, niestety menu nie przypadło nikomu do gustu :) Propozycje nie dla nas, a mianowicie zupa szpinakowa, pierogi ruskie, z pokrzywą, z czosnkiem niedźwiedzim, pierogi z kaszą i pieczarkami. Wystarczyło piwko i nasze dźwigane w plecakach pasztety i konserwy :) Od Chatki Kasi na Wołowcu do Bacówki droga jest naprawdę bardzo przyjemna.
Bacówka pod Bartnem, to całkiem stylowe schronisko, tylko że troszkę niezadbane. Ale nie ma tego złego :) Pan z obsługi wita nas kamienną twarzą i najgorszą wiadomością jaką spragniony turysta może usłyszeć - nie ma piwa, a sklep 15 km dalej!! Szok :) Ale miło nas zaskoczył i pojechał do sklepu, żebyśmy mogli na zakwasy wypić po piwku :) A my przez chwilę staliśmy się opiekunami schronu i chyba poszło na to całkiem nieźle :) Dzień zakończył się zbieraniem chrustu i paleniem w kominku, a przy kominku zimne piwko i opowieść o sarnach :) Ale my mamy piękne życie:)
Ostatni dzień to dojście do Desznicy kolejne 15 km i ewakuacja do domu. No i co znowu jak na ludzi gór przystało, wyjeżdżając już wiedzieliśmy, że niebawem stawimy się tam znowu :) Przecież kiedyś trzeba ten szlak skończyć :) Tak więc powoli już pakujemy majdan, bo kolejny długi weekend zbliża się wielkimi krokami :)







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz