Wiadomym jest, że rodzina nasza szalona jest, lubi stawiać sobie wyzwania i zwiększać dystanse zarówno te pisze jak i rowerowe. Ale, że aż tak szaleni jesteśmy, żeby porwać się na maraton pieszy na 50 km....tego nie wiedziałam. A jednak...Przyszedł czas podniesienia poprzeczki!!! Do czerwca 2015 roku relacje z Koneckich Maratonów Pieszych oglądaliśmy tylko na fotach, ale to nam nie wystarczało :) Więc padła propozycja - wyzwanie.....Spróbujmy!!!! Najwyżej przejdziemy mniejszy dystans, to nie będzie wstyd!!!
Wyzwanie rzucone, nie ma wyjścia trzeba mu sprostać!!!!
I w ten właśnie sposób wylądowaliśmy na XXIII Koneckim Maratonie Pieszym na 50 km. Czerwiec pogoda zapowiadała się naprawdę super, podejmujemy wyzwanie stawiamy się na starcie maratonu. Maraton startuje w Stąporkowie i dalej przez Furmanów, Czarniecką Górę,Wąsosz do Sielpi. Bardzo fajna trasa i rowerem byśmy ją z chęcią przejechali tysiące razy, ale pieszo.....No niestety teraz wyszło się zmierzyć pieszo :) Tak więc ruszyliśmy, zwiedzając malownicze zakątki ziemi koneckiej. Pierwsze kilometry to wręcz sama przyjemność. Docieramy na odwiedzane przez nas kilkukrotnie Gagaty Sołtykowskie i kierujemy się do Rezerwatu Skałki Piekło. Miejsca godne polecenia i zobaczenia. Gdybyśmy tylko wtedy wiedzieli, że przyjdzie nam zmierzyć się z ulewą przez kolejne 15 km.
Do Rezerwatu Skałki Piekło byliśmy nawet szczęśliwi :) O bardzo szczęśliwi :) Ale pogoda postanowiła popsuć nam humory...I jak nie lunie...a najgorsze dopiero przed nami. Szybko ubieramy się w kurtki przeciwdeszczowe i wmawiamy sobie, że zaraz przestanie, przecież pogoda nie zrobi na aż takiego psikusa. Idziemy dalej w strugach deszczu i coraz to bardziej mokrym terenem. Bóg nad nami czuwał - założyliśmy wysokie buty górskie, no oprócz Andrzejka :) Maszerujemy kilometr, dwa, pięć.....dziesięć, a ulewa zamiast ustawać to się wzmaga!!!!Kurtki mimo tego, że nieprzemakalność mają dużą, zaczynają powoli szwankować, jesteśmy powoli przemoczeni, coraz częściej zastanawiamy się, co nas podkusiło, żeby się porwać na to wyzwanie. Czy naprawdę nie ma innych imprez, innych zajęć...A no nie ma, rodzina jest aktywna i wyzwania lubi, a takie sprawdzenie się jest super sprawdzianem. Mamy piękne życia, piękne wspomnienia i jakaś tam ulewa nie złamie naszych charakterów :) Przy około 30 kilometrze, zaczynamy biec!!! Biec??? Tak biec!!! Bo jak idziemy to nogi dają się we znaki, a przy biegu pracują inne mięśnie :) Więc sobie truchtamy i o dziwo podoba nam się to :) Cholerka żebyśmy w przyszłym roku nie postanowili biec tego dystansu hihihi. Idąc, biegnąc przybywamy do Czarnieckiej Góry i postanawiamy zrobić sobie dłuższy postój i wypić napój bogów na zakwasy :)
Odpoczywamy!!!! Pijemy piwko - chociaż dostaliśmy przed startem wskazówki od weterana maratonów pieszych - Pana Witka, żeby piwko wypić 5 km przed metą. Ale oczywiście nie posłuchaliśmy :) Teraz wiemy, że Witek miał rację!!! No nic stało się, odpoczywamy. Kiedy już nogi zaczynają stygnąć - ruszamy dalej i kierujemy się do Nieba, do Piekła :) No to jak już w Niebie jesteśmy - to co to nie ma to jak piwko w niebie :) No i to był największy błąd, jaki tylko mogliśmy podczas tego maratonu uczynić!!!! Po tym piwku już nogi całkiem odmawiają posłuszeństwa i zaczyna się kryzys!!!! A nasze rozmowy wyglądają mniej więcej tak:
Masakra!!!
Po co my tu przybyliśmy!!!!
A trzeba było siedzieć na tyłkach w domu!!!!
Ostatni raz!!! Już nigdy w życiu się nie zdecyduję!!!
I z takimi mniej więcej hasłami dochodzimy do Piekła.
Jak na Piekło przystało, lekko nie jest :) Nogi powoli tracą łączność z mózgiem...Idziemy bo idziemy. Jedyne co nas trzyma przy życiu to fakt, że to ostatnie 5 km!!! Najgorsze 5 km w naszym pięknym życiu. Maraton przeklnięty tysiące razy.... Leziemy i leziemy i mamy tylko jedno marzenie dotrzeć do ośrodka na Sielpi, gdzie jest meta. A trzeba było to piwo wypić w Piekle, tak jak Witek mówił :) Jest...Sielpia!!!! Aaaaaaaa.... mordki się cieszą - pokonaliśmy swoje słabości, pokonaliśmy dystans 50 km pieszo, to najdłuższy dystans, który udało nam się do tej pory jednorazowo pokonać na własnych nogach :) Szczęście niepojęte!!! Cholera i co najgorsze bo w głowach świta myśl - będziemy tu za rok!!! Tak na kolejnym maratonie!!
Nogi skatowane, ale prysznic trochę stawia nas do pionu. Kiełbaska z ogniska, piwko i nalewka bo przecież trzeba uczcić taki wyczyn :) Padamy wszyscy poubierani we wszystkie ciuchy jakie mamy, bo organizm się regeneruje i zimno jak pieron :) Na drugi dzień oficjalne zakończenie!!
Maraton zaliczony!!! Rano nogi odzyskały całkowitą łączność z mózgiem i co najgorsze, że mózg zaczął twierdzić, że jednak to fajna przygoda. To teraz nie pozostaje nic innego jak stawić się na dystansie 50 km w przyszłym roku :) Mamy już doświadczenie, więc będziemy troszkę mądrzejsi :) W naszym pięknym życiu coraz to więcej wyzwań, żeby tylko nie wpadł nam pomysł do głowy, żeby wystartować na Supermaratonie na 100 km!!!! Pięćdziesiątka stanie się już cykliczną imprezą, na której będzie można spotkać naszą szaloną rodzinę, a zarazem to kolejna impreza Koneckiego Oddziału PTTK, w której będziemy uczestniczyć corocznie, jeśli tylko czas i zdrowie pozwoli :) Co tu sobie teraz za wyzwanie postawić!!???!!! Setka piesza niech poczeka, najpierw przekroczymy 100 km rowerem :) Ach to nasze piękne życie...na nowy rok szykują się kolejne wyzwania :)


Ładny dystans :)
OdpowiedzUsuń